wtorek, 2 kwietnia 2013

Part 2

 [Johnny Cash- Hurt]

Pomarańczowe promienie wschodzącego słońca powoli zaczynały oświetlać ulice i budynki Londynu. Czerwona łuna unosiła się nad stolicą Anglii, dając sygnał do pobudki każdemu stworzeniu w Wielkiej Brytanii. Gdzieś na drzewach, pojedyncze ptaki zaczynały dawać swój poranny koncert po to, by za chwilę cała okolica zatraciła się w hipnotyzujących dźwiękach przyrody. Chmury, niespełna kilka godzin temu unoszące się nad miastem, teraz kłębiły się po zachodniej stronie nieba. Poranny wietrzyk owiewał gałęzie krzewów i drzew, na których lada chwila miały rozwinąć się nowe liście. Woda niemieszcząca się już w ulicznych studzienkach, wyciekała na jezdnie i chodniki. Jedynymi pozostałościami po nocnej burzy, były  jedynie niezliczone kałuże w licznych zagłębieniach asfaltu. Rześkie powietrze napełniało płuca ludzi, którzy zagonieni w rutynie dnia codziennego nawet go nie zauważali. Przeklinając soczyście pod nosem, biegli w stronę odjeżdżającego już autobusu.

Pędząc przed siebie,
nawet nie wiesz dokąd zmierzasz.
  Po prostu czujesz,
że musisz iść na przód,
choć zagadką jest dla Ciebie to,
co ujrzysz na końcu. 

Pędząc przed siebie,
nigdy nie się nie zatrzymujesz.
Starasz się biec prosto, 
choć droga ma zbyt wiele zakrętów.

Pędząc przed siebie,
nie zwracasz uwagi na nic, co cię otacza.
Jesteś marionetką w rękach rutyny,
niczym wampir wysysającej śmiech z Twojego życia.

Pędząc przed siebie,
powinieneś zwolnić. 

W niektórych domach życie, wciąż jeszcze egzystowało w błogim śnie. Wolne od problemów szarej i ponurej rzeczywistości zatracało się w upragnionej ciszy. Gdzie indziej, dopiero otwierało swoje zaspane powieki po to, by zaraz zmierzyć się z kolejnym szeregiem niepowodzeń i nerwów. Poranne przebłyski świadomości powoli zaczynały gościć w ludzkich umysłach, a wraz z nimi pojawiała się nadzieja lepszego jutra.

Nadzieja, gasnąca wraz z ostatnim promieniem słońca,
chowającym się za odległym horyzontem.

Czasem chęć zjedzenia smaczniejszego śniadania, a czasem potrzeba miłości- marzenia, zdecydowanie zbyt często niemożliwe do zrealizowania. Poczucie osamotnienia dręczyło tych, którzy wciąż jeszcze nie znaleźli swojej drugiej połówki; z kolei wyrzuty sumienia trawiły podwładnych alkoholu, narkotyków i agresji. 

Postukiwał delikatnie w metalowe struny gitary, równocześnie błądząc nieprzytomnym wzrokiem po salonie. Nie starał skupić się na niczym konkretnym; przez jego umysł przetaczała się fala bezsensownych myśli.

Może to właśnie nimi usiłował zagłuszyć cichy jęk, jaki wydawała jego dusza?

Co pewien czas zatrzymywał zmęczone oczy na pojedynczych przedmiotach w pokoju. Rzeczy mniejsze i większe, wielkością nieadekwatne do swojego znaczenia. Zdjęcia w ramkach poustawiane schludnie na drewnianych półkach, stały tuż obok licznych pamiątek z miejsc, gdzie dotychczas grali. Pierwszy album; pierwsza trasa. Na myśl o zbliżających się występach, grymas mimowolnie pojawił się na jego twarzy. Z niewidomych  przyczyn koncerty nie dawały mu już takiej radości, jak półtora roku temu. Codziennie powtarzanie sobie, że właśnie taki żywot sobie wymarzył, nie przynosiło już większych skutków. Okłamując siebie każdego dnia, w rezultacie nie mógł już z czystym sumieniem przyznać, że podobało mu się to co robił. Życie zdawało się być tylko jednym, nieprzyjemnym zgrzytem, kiedyś mającym zgasnąć niczym płomień pod wodą. Choćbyśmy przez cały czas nasłuchiwali oznak zbliżającej się ciszy, ona przyjdzie w najmniej oczekiwanym momencie. Chwyci nas w swe objęcia i pomimo próśb, krzyków, błagań zaciągnie nas do siebie. Wyrywając duszę z naszego ciała, na ziemi pozostawi jedynie martwą powłokę spoglądającą zimnym wzrokiem w nicość.  A potem...
Nigdy nie zastanawiał się co znajduje się na samym końcu tej bezkresnej wędrówki; teraz także jego grafik nie obejmował takich przemyśleń. Starał się żyć teraźniejszością, choć często i ona wydawała się być nieistotna. Setki razy wyzywany od egoistycznych materialistów, nie wgłębiał się w sens ludzkiego istnienia. Przyjmując maskę obojętności z daleka patrzył na komedię życia, często przypominającą meksykańską telenowelę. Nigdy nie pragnął ingerować w scenariusz, będąc ciekawym efektu końcowego.

Czuł się niczym widz w teatrze, obserwujący spektakl na scenie. Jedynie od czasu do czasu aktorzy wychodzili na widownię, a wówczas na krótki moment mógł stać się uczestnikiem przedstawienia.  

-Niall- blondyn niemal podskoczył, kiedy ktoś pstryknął palcami tuż przed jego oczyma- Słuchasz mnie?
Szóstka mężczyzn wbiła w niego zdumiony wzrok, a on popatrzył się na nich nieprzytomnie. Słowa Paula krążące w jego umyśle, zdawały się być tak głośne, jak gdyby manager wrzasnął  je przez megafon.
-Skup się- warknął szatyn, przez dłuższą chwilę nie otrzymując odpowiedzi- Nie mam zamiaru odwoływać lotu, bo któryś z Was zapomniał walizek. Rozumiemy się?
Dziewiętnastolatek przytaknął mu cicho, dopiero w tej chwili zdając sobie sprawę, że dyskusja na temat nowej piosenki już dawno minęła.

***

Szamotała się niezgrabnie po kuchni, w jednej ręce trzymając nadgryziony kawałek chleba, a drugą pospiesznie przeszukując stare szafki kuchenne. Pojedyncze kosmki włosów wychodzące z niedbałego koka, łagodnie opadały na jej delikatne ramiona. Podwinięte rękawy białej koszuli, powoli zaczynały zsuwać się coraz niżej, wzdłuż rąk dziewczyny. Na wytartych, jasnych rurkach widoczne były plamy po ketchupie czy sałatce z McDonald'a, a przez dość dużą dziurę w skarpetce widać było kawałek pięty nastolatki. Na bladej twarzy dokładnie widać było ciemne piegi, rozsypane wokół nosa dziewczyny. Zaspany wyraz twarzy już od dawna ustępował miejsca wściekłości, jaką brązowooka emanowała niemal w każdym geście. Głośne trzaskanie drzwiczkami i sporadyczne przekleństwa rozchodziły się echem po całym mieszkaniu. Ze zrezygnowaniem zamykając ostatnie drzwi pustej szafki, warknęła demonstracyjnie.
- Kurwa mać! Kate bądź ciszej!- niemal zachłysnęła się ostatnim kęsem kanapki, kiedy naraz po całym mieszkaniu rozległ się donośny krzyk Maxa. Przygryzając dolną wargę najmocniej jak mogła, z zaciśniętymi pięściami zwróciła się w stronę korytarza. Niebieskooki szatyn powolnie sunący w stronę kuchni, modlił się by przypadkiem nie nadepnąć bosą stopą na jakikolwiek niezidentyfikowany przedmiot walający się po podłodze. Ze zrezygnowaniem oparł się o framugę drzwi i posłał w stronę nastolatki mordercze spojrzenie- Czyżby menopauza?- spytał zaspanym głosem.
- Znów wszystko wyżarliście- warknęła ze złością, ignorując złośliwy uśmiech przyjaciela- Naprawdę nie potraficie się opanować?
- My?- zadarł jedną brew do góry i spojrzał na nią z łobuzerskim wyrazem twarzy.
Dziewczyna uważnie zmierzyła go wzrokiem. Jego niemal idealnie wyrzeźbiona klata rytmicznie wznosiła się i opadała, a niebieskie oczy emanowały zadziwiającym wręcz opanowaniem. Zarówno na dobrze zarysowanym podbródku siedemnastolatka, jak i na jego nagim torsie nie było jakichkolwiek śladów zarostu. Rozmierzwione włosy sterczące w każdą stronę, przypominały, że jeszcze niespełna dwie minuty temu głowa chłopaka spoczywała na poduszce. Dziewczyna musiała przyznać, że jej przyjaciel był bardzo przystojny. Chłopak, o dość niespotykanej urodzie wielokrotnie przyciągał na siebie uwagę obu z płci. Nieraz widząc na nim wygłodniały wzrok dziewczyn, szesnastolatka spoglądała na niego z zaciekawieniem, będąc ciekawą jego reakcji. Ten z kolei, za każdym razem delikatnie uśmiechał się pod nosem i idąc prosto przed siebie starał się nie rozglądać na boki.
-Ty i Peet- sprostowała po chwili, kładąc na stole opróżnione pudełko po płatkach śniadaniowych- W szafkach zostały tylko puste opakowania.
- Jest jeszcze mleko- jęknął z grymasem, opadając bezwładnie na krzesło. Schował twarz w dłoniach, niechętnie przecierając zaspane oczy. O szóstej rano, wbrew pozorom jego umysł wciąż nie chodził jeszcze wystarczająco sprawnie. Dziewczyna uśmiechnąwszy się z ironią, otworzyła jedną z szafek. W środku znajdowała się plastikowa butelka z białym płynem w środku. Ostrożnie odkręciła korek i przyłożyła napój do nosa Maxa. Chłopak niemal natychmiast skrzywił się z niechęcią i odsunął butelkę od swojej twarzy.
- Skisło- podsumowała szybko, wylewając płyn do zlewu- Zostawiliście je na noc w szafce i myśleliście, że się nie popsuje?
- Jezu, uspokój się- machnął lekceważąco ręką i powoli wstał z krzesła- Dam Ci pieniądze i kupisz sobie coś w sklepie.
Rudowłosa prychnęła ze złością i wyrzuciła do śmietnika opróżnioną butelkę po mleku.
- Ale i tak nie mamy co jeść- stwierdziła, przejeżdżając demonstracyjnie wzrokiem po kuchni. Jasne, schludne pomieszczenie wyglądało niezwykle przyzwoicie. Tysiące okruchów i miliony kolorowych papierków nie walały się już po podłodze, a tradycyjnie zalana wszystkim co tylko możliwe kuchenka gazowa, zdawała się być nieco wyczyszczona.
- Ja i Ronnie idziemy dziś do sklepu- powiedział obojętnie, kierując stęskniony wzrok w stronę swojego pokoju- Wszyscy mamy składać się po 30 funtów.
Westchnęła cicho, po czym szybko chwyciła stary plecak z książkami i sprawnym ruchem zarzuciła go na plecy. Kilkuletnia torba sprawowała się całkiem dobrze zawszywszy na to, że wielokrotnie była maczana, ciągana i szarpana. 
-Popierdoliło cię?- prychnęła z drwiną, kiedy przyjaciel wyciągnął znacząco rękę w jej stroną i uniósł delikatnie jedną brew- Nie dam ci teraz pieniędzy.
-Nie ufasz mi?- spytał z przekąsem, a kąciki jego ust szybko powędrowały ku górze.
-Wyobraź sobie, że nie- odparła ze śmiechem i poklepała pocieszająco przyjaciela w klatę.

Pierwsze promienie porannego słońca oświetliły twarz dziewczyny, powodując mimowolny uśmiech na jej twarzy. Rześkie powietrze niemal natychmiast rozbudziło, wciąż jeszcze senną nastolatkę i nieco wywietrzyło jej zapchane dymem płuca. Ptaki, głośno świergoczące wśród licznych drzew, wyraźnie zapowiadały zbliżającą się wiosnę. Po śniegu, jeszcze niespełna dwa tygodnie temu zalegającemu na londyńskich ulicach nie było już ani śladu. Chłodny wietrzyk owiewający drobną twarz szesnastolatki, zmusił ją do mocniejszego wtulenia się w ciepłą bluzę Alexa.
Szła bez pośpiechu, nie przejmując się znacznie dojściem na czas do szkoły. Piękny krajobraz trasy, którą przemierzła niemal każdego dnia, nie robił już na niej większego wrażenia. Wspaniałe, typowo angielskie domy, na wielu osobach robiły piorunujące wrażenie. Gdzieniegdzie już można było dostrzec pierwsze ozdoby wywieszane na Dzień Świętego Patryka. Czterolistne koniczyny, krasnale i garnce złota opanowały już część domów, równocześnie przypominając pozostałym sąsiadom o wywieszeniu zielonych dekoracji. Irlandzkie święto dla niektórych anglików było najlepszym dniem w roku, dla innych z kolei była to niechętna powinność.
Westchnęła w myślach, po czym sprawdzając godzinę, niespodziewanie skręciła w bok. Doszła do końca osiedla i upewniając się, że jest sama, przystanęła w ciemnej uliczce. Sprawnie zdjęła plecak z ramienia i szybkim ruchem ręki wyjęła z niego paczkę papierosów. Na widok wyjętej z opakowania fajki, naraz uderzyła ją fala głodu nikotynowego. Coś, co można porównać z reakcją wielu ludzi na zapach czekolady, zawładnęło jej umysłem tak banalnie szybko, jak lalkarz zapanowujący nad marionetką. Szybko odpaliła odprężającego szluga i napawając się smakiem wiśni na ustach, czuła jak nikotyna rozluźnia jej wszystkie mięśnie. Słodki dym napełniał płuca nastolatki, a ona z rozkoszą wpatrywała się w bezgraniczną nicość, starając się by jej myśli nie skupiały się na niczym ważnym. Wdech za wdechem, papieros systematycznie zmniejszał się, aż w końcu pozostał jedynie gorzki filtr. Z żalem otwierając usta, pozwoliła by ostatni buch ulotnił się z jej gardła. Każdego dnia, przed lekcjami wypalając jednego cienkiego, ze smutkiem chowała prawie całą paczkę wiśniowych fajek do torby.

Zza horyzontu zaczął powoli wyłaniać się budynek szkoły. Gromady młodzieży z grymasem na ustach kierowały się w jego stronę, znajdując pocieszenie jedynie w idących obok przyjaciołach. Szła samotnie, z rozkoszą wsłuchując się w kojące dźwięki Joan Jett. Świetny głos i fantastyczna gitara sprawiały, że nogi dziewczyny same się pod sobą uginały. Zatracając się w tych błogich dźwiękach, naraz poczuła delikatne wibracje w kieszeni. Nie zważając na donośny dźwięk szkolnego dzwonka, usiadła na schodach przed wejściem i z zaciekawieniem spojrzała na komórkę. Widząc nadawcę SMS'a, uśmiech mimowolnie pojawił się na jej twarzy.
-Louis- szepnęła pod nosem.

______________________________

A więc jest. Długo wyczekiwana część druga już opublikowana a ja zabieram się za trzeci rozdział. Przepraszam, że musieliście tak długo czekać, jednak miałam bardzo mało czasu, a nie chciałam opublikować chłamu. Powyższy tekst miał być znacznie dłuższy, jednak po konkretnych cięciach powstało to, co przed chwilą przeczytaliście. Przewiduję, że kolejny post będzie znacznie szybciej, jednak na chwilę obecną nie mogę niczego obiecać. Jeśli macie jakieś pytania, chcecie ze mną pogadać czy ect. zapraszam na ~aska Go away and let me down~

Pozdrawiam serdecznie,

Some Black :)

PS. Jeśli chodzi o piosenkę na początku rozdziału, polecam Wam się zapoznać z tekstem. Jest to niesamowicie piękny i głęboki utwór. To chyba jedyna piosenka, przy której jestem w stanie się popłakać. Znając życie wykonawcy, utwór ten w jego wykonaniu brzmi po prostu niesamowicie.